0

Zmierzch Zachodu nie taki straszny

Spengler

To nie jest książka jakiej się wszyscy spodziewają. W niektórych miejscach określana jako kultowa, lecz tak po prawdzie kultowy jest przede wszystkim jej tytuł, który nie tak rzadko przewija się w dyskusjach o trajektorii europejskiej cywilizacji. Dziś mogę to stwierdzić z pewnością – większość powołujących się na Upadek Zachodu robi to błędnie.

Czytelnik sięga dziś po tę pozycję z oczywistych powodów – motywują go współczesne problemy Zachodu, a zatem migracja, brak zastępowalności pokoleń, odcięcie od korzeni, utrata wiary w fundamentalne dla tej części świata wartości czy postęp ideologii równościowych rugujący dotychczasową tożsamość. Wiedząc co nieco wcześniej, spodziewa się starszej, bardziej filozoficznie zorientowanej wersji Przedziwnej śmierci Europy Douglasa Murraya, tudzież czegoś w duchu Huntingtona lub Konecznego z domieszką udzielającego się wszystkim pesymizmu.  Na takim wrażeniu opiera się też zawsze przywoływanie Spenglera w dyskusjach o cywilizacyjnym upadku – jak to wielkie umysły rzekomo dostrzegają ten proces od dawna, więc trzeba coś zrobić, o ile już nie jest za późno. To wszystko jest jakby wprost z anegdoty o rozdawaniu rowerów na Placu Czerwonym.

Oswald Spengler, reprezentant niemieckiego konserwatyzmu rewolucyjnego, czyli być może najciekawszego konserwatywnego prądu intelektualnego jest dzieckiem swoich czasów, a te przypadały przede wszystkim na Cesarstwo Niemieckie. Jego upadek oraz traumatyczna Republika Weimarska wydarzyły się już po napisaniu książki, zaś naziści uznali ją za niepożądaną ideologicznie. Niezwykle bogata niemiecka myśl tamtego okresu w wielu swych przejawach przyjmowała perspektywę organiczną, przez co rozumiem postrzeganie przedmiotów rozważań na wzór żywego organizmu, z jego potrzebami i ograniczeniami. Tak było np. w obszarze geografii (Ratzel, autor niesławnego pojęcia „przestrzeń życiowa”), geopolityce (Haushofer) oraz w filozofii politycznej, a zapewne i w innych dziedzinach, których nie znam. Spengler użył perspektywy organicznej do analizy porównawczej cyklów życia poszczególnych cywilizacji.

Pisząc „cywilizacja” używam tego terminu w potocznym znaczeniu, dlatego należy wyjaśnić, że autor rozprawy rozumie go inaczej. Otóż według  niego każdy z analizowanych historycznych podmiotów istnieje najpierw w formie kultury, żeby z czasem przejść w stan cywilizacji. Kultura charakteryzuje się żywotnością – tworzy nowe, oryginalne i charakterystyczne formy, idee, wartości, religię, sztukę, a wszystko to pochodzi z jej głębi, z niepowtarzalnego uczucia. Cywilizacja zaś jest etapem późnym, w którym na znaczeniu traci religijność, a co za tym idzie dawne ideały. Liczą się za to utylitaryzm, wartości materialne, korzyść, dominacja i podbój (jesteś człowiekiem kultury czy cywilizacji?). Sztuka dochodzi do swojego końca i zaczyna już tylko odtwarzać stare formy (postmodernizm!). Wszystko co zaczyna się liczyć jest tworem intelektu a nie uczucia, następuje przejście od organizmu do wynikłego z jego skostnienia mechanizmu. Zanika pojęcie losu na rzecz przyczyny i skutku. Ludność przenosi się ze wsi do miast, co jest katalizatorem zmian obyczajowo-moralnych. Nie ma od tego ucieczki w żadnej z kultur, każdą czeka taki los, choć w dzisiejszych czasach wypadałoby rzec raczej, że każda niesie w sobie przyczynę, która ma taki skutek.

To właśnie Spengler rozumiał przez upadek Zachodu! Owszem, problemy z demografią, a za tym z obcymi, młodymi ludami są nieuniknione, ale upadek ten nie wiąże się zazwyczaj ze zniknięciem. Przeciwnie, stan cywilizacji to epoka imperialna! Analizując Starożytność, Spengler widział etap kultury w Grecji, zaś jako przejście w stan cywilizacji wskazywał II wiek p.n.e. i dalszy rozwój Rzymu, który, gdyby nie wędrówki Germanów, mógłby trwać do dzisiaj. Niektóre cywilizacje potrafią trwać w takim pasywnym stanie od niemal tysiąca lat (Islam) a nawet znacznie dłużej (Indie, Chiny). Zatem według niego nie zniknięcie grozi „euro-ameryce”, a beznadziejna jałowość, to rozumie przez upadek, który miał się zacząć w XIX wieku.

Niebywały rozmach analizy imponuje, a wielość opisywanych szczegółów przytłacza. Spengler porównuje i analizuje dokładnie sztukę, naukę ze szczególnym uwzględnieniem matematyki, rozumienie czasu i życia, uwarunkowania społeczno-polityczne, obyczaje i wiele innych spraw. To jest niezwykle istotne, bo według jego filozofii nic nie jest przypadkiem, za to wszystko jest symbolem nieustannie procesujących pod warstwą wierzchnią sił życiowych. Symbolem, z którego można odczytać z jakim etapem mamy do czynienia. W jego perspektywie nawet wszelka twórczość indywidualna jest tylko wyrazem specyficznego czasu, w którym powstaje, sam twórca jest tylko medium danego etapu.

To co najbardziej u Spenglera niesamowite, stanowi również o największej słabości jego pracy. Problem z nią bowiem jest taki, że dla pojedynczego czytelnika jakakolwiek szerzej zakrojona weryfikacja jest niemożliwa. Trudno też przypuszczać, choć zakres jego wiedzy onieśmiela, żeby samemu Spenglerowi udało się do 1914 roku zgłębić historię, sztukę i obyczajowość wszystkich cywilizacji. Choć wielu naukowców tamtych czasów doceniło jego niezwykłą intuicję (m.in. znawcy starożytności i Islamu), to całościowo trzeba jednak traktować to jako niespotykanie sugestywną spekulację. Aż chciałoby się przeczytać krytyczne badania nad tezami w niej zawartymi, ale kto miałby zlecić tak duże przedsięwzięcie na podstawie książki sprzed stu lat?

Niemniej na wiele kwestii karze Spengler spojrzeć z nowych perspektyw, odświeżając tym samym zatęchłe światopoglądowe szufladki. Mocno kwestionuje poczucie cywilizacyjnej wyjątkowości, wskazuje o koniecznej obecności nihilizmu w początku każdej cywilizacji (co za temat do weryfikacji!), spogląda inaczej na wielkich filozofów. Nawet Nietzschemu, którego duch wyraźnie unosi się nad tą książką, nie jest darowane i to spektakularnie, bo zostaje uznany on za socjalistę (!), tego naprawdę trudno było się spodziewać. Socjalistą zresztą (w specyficznym znaczeniu) został też Chrystus, a rozdział poświęconym jemu i kulturze magicznej należy do najciekawszych w całej pracy.

Jednak największe zmiany paradygmatów myślenia zachodzą w obszarach społeczno-politycznych, jest tego zbyt wiele przy przytaczać wszystko, ograniczę się więc do przykładów. Oto świat Islamu, jako nieterytorialna kontynuacja kultury Babilonii, swój szczyt przeżywa w wiekach IX-XI, a krucjaty postrzega jako najazd barbarzyńców z północy – „Jak mogło to całe widowisko wyglądać w oczach wytwornych Arabów?” Oto Żydzi, wyjątkowi nie swoją żydowskością, ale faktem, że jako pozostałość kultury magicznej, będąc na zupełnie innym poziomie organicznego rozwoju, znaleźli się w obcym otoczeniu młodej kultury faustowskiej, co skutkuje niezrozumieniem, a w konsekwencji wrogością. Dla Żydów historia się skończyła, nie myślą już historycznie, ich forma stała się zamknięta i niezmienna – są ludem cywilizacji, wielkiego miasta. Europejczycy zaś są jeszcze zanurzeni głęboko w przeżywaniu historii, być może bardziej niż inni na tym etapie. Do czerwoności rozpalają nas kwestie ojczyzn, języków, monarchii, narodów. Dla Żydów to formy obce, uciążliwe, bezsensowne. Dlatego są temu niechętni i instynktownie ciążą ku ideom wykorzenionym z przynależności do ziemi i granic, a więc socjalizmu, pacyfizmu, kapitalizmu. „Poczucie konieczności tego obopólnego niezrozumienia prowadzi do strasznej nienawiści, która wchodzi głęboko w krew, czepia się symbolicznych znaków w rodzaju rasy, postawy życiowej, zawodu czy języka oraz – ilekroć dotąd tak się działo i dzieje – trawi i deprawuje obie strony, popychając je do krwawych ekscesów”. To słowa napisane niemal trzy dekady przed Holocaustem, a nie są to jedyne, ani nawet najbardziej profetyczne fragmenty.

Co ciekawe, Spengler, choć jak wspominałem prominentny umysł radykalnego ruchu konserwatywnego, jawi się jako tu jako proto-postmodernista. Antycypuje krytykę absolutyzacji zachodnich wartości, punktuje naszych filozofów za rozciąganie na całość ludzkiego doświadczenia motywów rozpoznanych w nich samych, a zatem za brak świadomości historyczno-relatywnego charakteru rezultatów własnych dociekań, zauważa, że „niezabite prawdy (…) są tylko są tylko dla niego prawdziwe” a „powszechna ważność jest zawsze błędnym wnioskowaniem o innych z samego siebie”. Uznać można Spenglera też za swoistego relatywistę moralnego, gdyż z tych samych pobudek dowodzi, że istnieje tyle moralności, ile kultur i nikt tu nie ma wolego wyboru, odczuwanie każdego z jest z góry przyporządkowane do ducha przynależnej mu kultury. Nawet w ramach jednej religii, jeśli jest rozciągnięta w czasie i przestrzeni, znajdą się różne odczuwania moralne. Nie ma moralności ogólnoludzkiej, moralność jest „zamkniętym w sobie światem form, który wyraża pewne poczucie życia”.

Wiele by można jeszcze pisać, zresztą samo wydanie wydawnictwa Aletheia jest oparte o wybór, oryginalne dzieło jest znacznie obszerniejsze. Z pewnością Oswald Spengler daje zupełnie inną perspektywę na sprawy cywilizacyjne, na politykę, kulturę i religię, ale nie w sposób, który łatwo da się wykorzystać w codziennej debacie. Choć mam się za europeistę, to wizja Spenglera mnie nie przeraża, nie przepowiada ona bowiem rychłego końca. Jego filozofię określiłbym mianem komfortowego nihilizmu – w naszym świecie nie toczy się żadna, odgórnie koordynowana przez wpływowe kręgi wojna cywilizacyjna, którą próbują one wykorzystać do swoich celów. Wszyscy aktorzy i całe ruchy są tylko marionetkami organicznych sił, których logika jest niezależna i nieubłagana. Można więc rzec, że każdy, kto nie może spać przez upadek Europy i białego człowieka powinien przeczytać Spenglera i wyluzować.

Mimo to chciałbym żeby się mylił, żeby nie istniał determinizm cywilizacyjny, zbyt drogie jest mi też przekonanie o europejskiej wyjątkowości. Na pewno jednak zostało ono mocno zakwestionowane w sposób dający wiele do myślenia i ewentualnego weryfikowania, ten poszerzający horyzonty efekt uważam za główną zaletę płynącą z konfrontacji z treścią. Nie będę pisał dla kogo ta książka się nadaje, tematyka została zarysowana wyraźnie, lektura jest wymagająca i może po drodze wiele osób znudzić. Ale sporo przeczytałem w zeszłym roku, a to właśnie Zmierzch Zachodu zapadł mi w pamięć najbardziej. Wywarł tez pewien nieoczekiwany wpływ światopoglądowy, choć nie wiem czy dobry. Taka to właśnie jest książka.

 

Zobacz też

  • Profesora Nowaka Nietzsche urojonyProfesora Nowaka Nietzsche urojony Z natury reprezentuję typ polemiczny co  niegdyś przysparzało mi kłopotów i niechęci, jednak z wiekiem i wyrobieniem okazało się czymś z wielu względów korzystnym. Jedną w owych korzyści […]
  • Hollywoodzki scenariusz dla PolskiHollywoodzki scenariusz dla Polski Mamy nowy rząd i stary Trybunał Konstytucyjny o czym wiedzą już chyba wszyscy w Polsce, trudno jednak traktować całą partyjną awanturę wokół tego poważnie, ja przynajmniej nie mam […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *