0

The Jinx

jinx-key-3Zawsze oglądając niezbyt ciekawe polskie dokumenty, które jakby specjalnie zrobione są tak, aby nudą i estetycznymi brakami odsiać mniej zdeterminowaną część publiczności i trafić tylko do tych najbardziej zdesperowanych, nasuwa mi się uporczywe pytanie – czy naprawdę nie da się tego zrobić chociaż w części tak przystępnie jak w Ameryce? W międzyczasie zaś, w dziedzinie dokumentu Amerykanie zdążyli pójść dwa kroki dalej, tworząc The Jinx.

Mocno byłem tą produkcją zaintrygowany, bo z kilku stron dotarły do mnie skrajnie entuzjastyczne oceny, kontekstowo zestawiając ją z najlepszymi serialami HBO, które zresztą w tym przypadku też stoi za twórcami. Ów entuzjazm był o tyle dziwny, że mowa była przecież o serialu dokumentalnym, zupełnie innym formacie, z założenia nie tak porywającym masową publiczność jak fabuły. A jednak, skoro reakcje temu przeczą, to musi to być jakaś nowa jakość.

Przyznać trzeba, że historia sama w sobie jest świetnym tworzywem. Mamy Roberta Dursta, wyrodnego syna bajecznie bogatej rodziny z Nowego Yorku, którego żona przed laty zniknęła bez śladu, o co obwiniają go jej krewni. Gdy po latach ponownie otwarto śledztwo, ginie jego jedyna powierniczka a niedługo potem, na drugim końcu USA w jeziorze dziecko znajduje rozczłonkowane zwłoki, jak się później okazuje należące do mieszkańca domu…w którym ukrywał się nasz bohater, ofiara nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Z tego wszystkiego wobec prawa wychodzi obronną ręką, co jest jednym z ciekawszych wątków, pokazującym jak działa wymiar sprawiedliwości w Stanach. Najbardziej jednak niezwykły, w największym stopniu przyciągający do serii uwagę, jest osobisty występ Roberta Dursta przed kamerą, gdzie przedstawia on po raz pierwszy publicznie swoją wersję wydarzeń oraz nakreśla rodzinne tło.

Dokument jest perfekcyjny od strony technicznej. To rozmach, narracja, klimatyczna wejściówka, wielowątkowość i dynamika historii do której na naszych oczach dopisywane są kolejne rozdziały dzięki czemu widz ma wrażenie uczestnictwa „na żywo”. Jak sądzę, na świetnym odbiorze zaważył zwłaszcza ten ostatni element, zwykle przecież dokument jest podsumowaniem wiedzy w jakimś temacie, zamkniętą całością, tudzież postawieniem pytań na które i tak nikt nie zna odpowiedzi, tu natomiast nie tylko obserwujemy rozwój wypadków, ale dzięki dochodzeniu twórców możemy liczyć na ciąg dalszy, na wymierzenie pożądanej sprawiedliwości, opowieść nie kończy się wraz z serialem.

The Jinx oprócz śladów zbrodni dowodzi także, że zdjęcia milionerów z Nowego Yorku w latach 70 wyglądały...jak zdjęcia naszych rodziców z PRL.

The Jinx oprócz śladów zbrodni dowodzi także, że zdjęcia milionerów z Nowego Yorku w latach 70 wyglądały…jak zdjęcia naszych rodziców z PRL.

Mimo wszystko nie tłumaczy to tych licznych porównań dawanych zadecydowanie na wyrost. The Jinx, choć technicznie kunsztowne, dalej pozostaje tylko dokumentem, który nie może się równać z najlepszymi serialami. Przecież oglądamy je nie tylko dla opowiedzianej historii, robimy to również dla klimatu (True Detective), charyzmatycznych postaci (Breaking Bad) czy ukazywania w uproszczony sposób mechanizmów, np. władzy (Gra o Tron). Ja tej wielowymiarowości odbioru tu nie dostrzegłem, a przecież nastawiałem się na coś więcej. Oczywiście fani ukazujących śledztwa i tajniki zbrodni programów kryminalnych będą zachwyceni, ale czy ktoś poza nimi może wyjąć z tego coś więcej?

Szukając odpowiedzi, ewentualnie polecam zwrócić uwagę na wątek rodziny, który w swej wymowie jest przyczynkiem do pozornie banalnej prawdy o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Owszem, wszyscy słyszeliśmy o tym nieraz, ale wierzymy w to tylko w ramach pocieszenia wobec naszej pożałowania godnej sytuacji finansowej. Życie dostarcza aż nadto przykładów, że jeśli pieniądze szczęścia nie dają, to ich brak nie daje go tym bardziej. No więc tu dla równowagi mamy opowiedzianą historię chłopca, który „miał więcej pieniędzy niż mógł wydać” a który był bardzo nieszczęśliwy. Taka historia opowiedziana z ust milionera będzie na pewno wiarygodniejsza dla budowy własnego punktu widzenia.

Niestety wiąże się z tym pewne zagrożenie, znane mi dotąd głównie z tych wszystkich romantycznych filmów gangsterskich, gdzie towarzyszymy bohaterom w najpodlejszych morderstwach, wielkiemu złu wyrządzanemu w imię zysku, a i tak żywimy do nich sympatię, liczymy na to, że im się uda, rozgrzeszamy naiwnie urzeczeni charyzmą, odsuwamy od siebie moralny wymiar czynów tylko dlatego, że możemy obserwować to z ich punktu widzenia. Podobnie jest z Robertem Durstem, do czego przyznał się nawet twórca dokumentu i trudno mu się dziwić, w trakcie materiałów z procesu sam łapałem się na tym, że mu kibicuje, co dopełniane było jeszcze smutnym dzieciństwem i wywiadem, gdzie robił dość pozytywne wrażenie. Problem jest tylko taki, że ten człowiek istnieje naprawdę, jego czyny to również nie filmowa fikcja. Ile osób zapała do niego sympatią bez samoograniczającej refleksji?

Zobacz też

  • American Horror Story: CovenAmerican Horror Story: Coven Filmy grozy to kategoria, którą rozgraniczyłbym od ogólnie znanych horrorów. Szczególnie wobec mijającej już na szczęście mody wedle której czym więcej okrucieństw i latających […]
  • Oddziały WyklętychOddziały Wyklętych Śledząc swego czasu blogowy półświatek u uświadomiłem sobie, że prawdziwe blogowanie zaczyna się w momencie otrzymania czegoś gratis. Najlepiej, gdy jest to coś bardzo wartościowego, ale w […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *