0

Przewodnik po Nietzschem dla chrześcijan

20160114_180622

Jeśli ktoś jest autorem książki nazwanej „Antychryst” tudzież, w zależności od tłumaczenia, „Antychrześcijanin”, to nic dziwnego, że nie jest oczywistym wyborem dla chrześcijańskiego czytelnika. Nie dziwi również, choć rozczarowuje, że nierzadko chrześcijańscy intelektualiści, chcąc oswoić nieco swoje audytorium z klasykiem filozofii, przekręcają i zafałszowują przekaz zawarty na kartach pism Nietzschego. Mowa jednak o myślicielu, którego wielu chrześcijan uważa za najpotężniejszego wśród ludzi przeciwnika swojej religii, z którym w encyklikach polemizują papieże i który nieprzerwanie inspiruje kolejne pokolenia twórczych umysłów na całym świecie. Są to niezłe powody, aby poświęcić trochę czasu i dowiedzieć się o co tak naprawdę chodzi, nawet jeśli, z racji światopoglądowego dystansu, tylko pośrednio.

Można też podejść do książki ks. Rożdżeńskiego od zupełnie przeciwnej strony, tak jak mnie się to zdarzyło. Zaczytany w tematach nietzscheańskich, coraz mocniej odczuwałem potrzebę skonfrontowania tego z perspektywą chrześcijańską, najlepiej z porządną krytyką. Coraz bardziej jasne się bowiem dla mnie staje, że nie da się właściwie zrozumieć i ocenić tej myśli bez co najmniej przyzwoitej orientacji w Piśmie i teologii. Stąd poszukiwania. Ku mojemu zaskoczeniu, nie okazało się to takie proste. Papieskie polemiki są zbyt ogólnikowe, a chrześcijańskie pióra w swej masie wydają się raczej ignorować kwestie poruszone przez Nietzschego. Udało się na szczęście znaleźć od tego dwa polskie wyjątki, jeden aż sprzed niemal 100 lat, a drugi właśnie w postaci „Nietzsche a odwieczne pytania”.

Z przyjemnością przyznam, że Ks. Profesor Rożdżeński szybko zdobył moją sympatię, bo bardzo uczciwie zreferował główne założenia omawianej filozofii, a pesymistycznie spodziewałem się czegoś przeciwnego. Poza kilkoma wyjątkami (niewystarczające zaakcentowanie dwóch kwestii wokół śmierci Boga), wynikającymi w mojej ocenie z niedokładnego zrozumienia, a nie złej woli, spokojnie można polegać na tej książce jeśli idzie o ogólny zarys idei Nietzschego, a wszystko podane zostało w przystępnej formie.

Z jednym zastrzeżeniem. Autor omawia główne zagadnienia, czyli wspomnianą śmierć Boga, nihilizm, drogę do jego przezwyciężenia oraz nadczłowieka (najlepszy rozdział, bardzo dobra synteza i interpretacja), ale pomija zupełnie to, za co Nietzschego uwielbiamy najbardziej – filozofię podejrzeń, czyli niezwykle celne i przenikliwe analizy psychologiczne, od których roją się jego książki. Nie jest to zarzut, w końcu podtytuł usprawiedliwia takie podejście, ale ważne, żeby chcący przeczytać tę pozycję mieli tego świadomość – po najbardziej satysfakcjonującą część dorobku myśliciela trzeba zajrzeć bezpośrednio do jego pism. Ale to, jak pisał Piotr Graczyk, wiąże się z ryzykiem, bo „wdając się, jako chrześcijanie, w spór z nietzscheanizmem, narażamy się na niebezpieczeństwo, że ze sporu wyjdziemy, nie będąc już uczniami Chrystusa¹”.

Z książką tą wiąże się jeszcze jedno, moje osobiste, rozczarowanie, gdyż sięgałem po nią, licząc na polemikę z wizją nietzscheańską. I owszem, dostałem ją, ale jest to tylko jeden rozdział, ograniczający do dwóch głównych tez, większość zaś treści stanowi omówienie. Cóż, dobre i to.

Zarzuty są następujące – zdolność wyższych ludzi do kreowania swoich własnych wartości, „twórczego ustanawiania siebie” jest wyłącznie tworzeniem prywatnej fikcji, nie mającej nic wspólnego z rzeczywistością, zaś wykorzystanie idei wiecznego powrotu i tworzenia w oparciu o nią nowego sensu życia wymaga wiary, bo empirycznie jest nie do udowodniania, a przecież to właśnie zarzucał Nietzsche chrześcijaństwu, jego projekt jest więc porażką i próbą zamiany jednej wiary na drugą.

Pierwsza teza jest w mojej ocenie chybiona. Rożdżeński argumentuje, że skoro „skąd”, czyli źródło życia każdej jednostki, nie pochodzi z jej twórczego ustanowienia, to i ostateczne „po co”, czyli cel i sens jej bytowania nie może być jej własnym dziełem. Postawy wobec pytania o sens, wobec „po co”, ksiądz profesor widzi dwie – wytrwały trud poszukiwania rzetelnego rozjaśnienia, w przeciwieństwie do Nietzschego nie odrzucając przy tym z góry chrześcijaństwa lub, w przypadku definitywnego zwątpienia, „twórcze” ustanawianie sobie swoich wartości i sensu, ale wtedy należy mieć świadomość, że tworzy się, być może funkcjonalną, ale jednak fikcję.

Ujawnia się tu brak zrozumienia tego, co w istocie Nietzsche pisał o ustanawianiu swoich wartości, ale nie mogło być inaczej, skoro autorowi przy formułowaniu tego zarzutu nieudało się wyjść poza chrześcijańską wizję świata, w której jedynym źródłem sensu może być Bóg. Nie dopuścił bowiem do siebie myśli, że filozof mógł przejść drogę rzetelnego rozjaśniania i uznać, że u źródeł nie ma chrześcijańskiego Boga. A skoro go tam nie ma, to albo rzeczywistością jest nihilizm, albo wartości muszą mieć inne źródło. Pierwsza możliwość była by zgodna z chrześcijańskim odczuwaniem świata, ale Nietzsche wybiera możliwość drugą, wykraczającą poza to odczuwanie, więc ksiądz Rożdzeński jej nie pojął, uznając ją z tworzenie fikcji. Tymczasem Nietzsche wzywając do ustanawiania swoich wartości i sensu, nie ma na myśli zupełnej dowolności w kreacji, tylko subiektywizm stanowiący o istocie wszelkich wartości.

Co jest dobre? – Wszystko, co uczucie mocy, wolę mocy, moc samą w człowieku podnosi. Co jest złe? – Wszystko, co ze słabości pochodzi²” – musimy więc ustanowić czym są nasze wartości, co pcha nas w górę, a co karmi naszą słabość, będąc antywartością. Musimy ustanowić to indywidualnie, bo będzie się to różnić w zależności od jednostki. Wydaje się, że ze względu na fundamentalny dla chrześcijańskiej wizji uniwersalizm i obiektywizm wartości, profesor nie pojął subiektywizmu wartości nietzscheańskich, uznając, że musi chodzić o tworzenie fikcji. A przecież Nietzsche jest piewcą indywidualizmu! To z naszej indywidualnej istoty pochodzić będą nasze wartości i nie ma tu mowy o dowolności, gdyż „istnieje na świecie jedna jedyna droga, którą nikt iść nie może, prócz ciebie. Dokąd prowadzi? Nie pytaj, idź nią. Kto wypowiedział to zdanie: mąż nie wznosi się nigdy tak wysoko, jak wtedy kiedy nie wie, dokąd go droga jego jeszcze może prowadzić³”. Ta droga to nie zmyślona fikcja, tylko coś odczutego, czego nie ustanawiamy sami, sami natomiast odkrywamy ją i wydobywamy z niej wartości, ustanawiając je w świecie, dla siebie.

Druga teza natomiast jest celna. Nietzsche odrzuca chrześcijaństwo i na pewnym etapie swojej twórczości atakuje je bardzo agresywnie, zarzucając m.in. kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ale jeżeli wieczny powrót ma być pokonaniem nihilizmu i fundamentem nowego sensu życia, to jest to rozczarowujące, bo Nietzsche również nie wykroczył tu poza chrześcijańskie odczuwanie świata. Aby dojść do ładu z egzystencjalną rzeczywistością, wciąż potrzebował nie tylko wieczności („kocham cię, wieczności”), ale i „życia po życiu”, bo tak jednak trzeba widzieć tę ideę, co stawia go w długim szeregu sierot po chrześcijaństwie. Nie zaproponował zmierzenia się ze śmiercią jako absolutnym końcem. W tym jednym aspekcie choćby absurdyzm Camusa jest dzielniejszy.

Wspominałem o jednym rozczarowaniu, ale dorzucę jeszcze drugie, nieco ogólniejszej natury. Dziwi mnie dlaczego niemal nikt, tak z apologetów jak i z spośród krytyków, nie zwraca uwagi na jeden istotny fakt z obszaru rozważań nad stosunkiem Nietzschego do chrześcijaństwa. Otóż filozof ten, mający tej religii tak wiele do zarzucenia, był synem protestanckiego pastora i w takim też otoczeniu się wychowywał. Co więcej, jak sam przyznał w jednej ze swoich książek, nie posiadał niemal żadnej wiedzy ani doświadczenia związanego z Kościołem Katolickim. Czy to możliwe więc, by jego krytyka tyczyła się głównie protestantyzmu? Czy różnice teologiczne między katolicyzmem a protestantyzmem, a może i także prawosławiem, mogłyby rzucić nowe światło na antychrześcijańskie pisma Nietzschego? Postawienie takiej hipotezy wydaje mi się uzasadnione, potrzeba by jednak do jej zbadania dużej wiedzy teologicznej, stąd moje rozczarowanie brakiem podjęcia tematu przez kogokolwiek, za jedynym znanym mi wyjątkiem dość niszowego myśliciela francuskiej post-nietzschańskiej prawicy, Guillaume’a Faye’a.

Podsumowując, książka ks. Rożdżeńskiego to porządna pozycja. Nie ustrzegła się uchybień, ale sprawdzi się jako bezpieczny wybór dla czytelników chrześcijańskich, może spełnić podobną rolę również dla wszystkich innych (choć tu dałoby się znaleźć lepsze rzeczy, np. Karla Jaspersa), a i zapaleni nietzscheaniści mogą znaleźć na opisywanych kartach coś dla siebie, np. zasadną krytykę, co zawsze jest zdrowe.

¹P. Graczyk, Nietzsche a chrześcijaństwo, w: Znak, (8) 2002, Kraków, s. 29.
²F. Nietzsche, Antychryst, Kraków 2006, s. 7.
³ F. Nietzsche, Niewczesne rozważania, Kraków 2003, s. 127.

Zobacz też

  • Profesora Nowaka Nietzsche urojonyProfesora Nowaka Nietzsche urojony Z natury reprezentuję typ polemiczny co  niegdyś przysparzało mi kłopotów i niechęci, jednak z wiekiem i wyrobieniem okazało się czymś z wielu względów korzystnym. Jedną w owych korzyści […]
  • Odkrywając NietzschegoOdkrywając Nietzschego Odkryłem dla siebie Fryderyka Nietzschego i odkrycie to nie pozostawiło mnie obojętnym, a jego specyfika jest taka, że  sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Póki co jednak zdecydowałem […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *