0

Odkrywając Nietzschego

1-nietzsche-friedrich-portrait-1860

Odkryłem dla siebie Fryderyka Nietzschego i odkrycie to nie pozostawiło mnie obojętnym, a jego specyfika jest taka, że  sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Póki co jednak zdecydowałem się na wsiąknięcie w jaśniejszą stronę jego przemyśleń. Rzecz w tym, że niewprawionemu odbiorcy nie jest tu łatwo poczynić wiążących rozróżnień. Jak to mówią – nie ma ryzyka, nie ma zabawy.

Nie wiele ma ten nieznoszący niemieckości Niemiec ze stereotypowego filozofa rozprawiającego o bycie i innych niepraktycznych aż do perwersji nudziarstwach. Mierzenie się z jego myślą to czysta przyjemność, także literacka. Ma ona jednak swoją specyfikę, miota czytelnikiem od oburzenia do zachwytu, od nadziei odnalezienia w sobie elementów „dostojności” do nawet pogardy wobec niektórych fragmentów, gdzie autor się odsłania. Kalejdoskop emocji, czy jest lepsze rekomendacja dla pism z dziedziny powszechnie uznanej za królestwo nudy? Gdy w jednym momencie czytelnik szuka w sobie podobieństw by po chwili bronić się wszelkimi siłami przed zaraźliwym immoralizmem jasne jest, że nie wchodzi w grę całościowe przyjęcie systemu filozoficznego (zdania interpretatorów są zresztą podzielone co do tego czy można w ogóle mówić tu o spójnym systemie). Jako twórca całościowego, pozytywnego programu Nietzsche nie jest przekonujący. Ale jako obserwator, dostarczyciel spostrzeżeń na temat uwarunkowań w których – czy to się nam podoba czy nie – i tak funkcjonujemy, sprawdza się pierwszorzędnie. Dodajmy do tego jeszcze niezwykłe zdolności profetyczne oraz miano wielkiego i – co rzadkie – niebanalnego krytyka chrześcijaństwa a otrzymamy krótki zarys źródeł jego niesłabnącej od 150 lat popularności.

Jako, że jak wspominałem Fryderyk nie przekonał mnie całościowo, nie jest bynajmniej moim celem przekrojowe omówienie zagadnień jego twórczości, nie mam zresztą niezbędnych do tak ambitnego zadania kompetencji. Chcę się raczej skupić na co ciekawszych z punktu widzenia odbiorcy osadzonego w drugiej dekadzie XXI wieku wątkach, obecnych głównie w Poza dobrem i złem od którego zacząłem swoją styczność z tym filozofem (nie licząc jednego nieudanego podejścia do Tako rzecze Zaratustra). Będę się posiłkował głównie cytatami, także z bardzo interesującego posłowia profesora Pawła Pieniążka.

To co imponuje mi najbardziej to trafność przewidywań człowieka, który żył przecież w XIX wieku. I nie chodzi o jakieś linearne opowieści, Nietzsche nie jest żadnym Nostradamusem. Chodzi o konsekwencje kierunku rozwoju naszej kultury, które będą powszechnie odczuwalne. Ten człowiek naprawdę umiał czytać procesy cywilizacyjne. Często można się spotkać z opinią, że jest on prekursorem postmodernizmu, co nieszczególnie zachęca do obcowania z jego myślą. Przyznam, że do końca rozumiem tak jednoznaczne stawianie go w tym kontekście (tropem zapewne jest jego odkrycie „śmierci Boga”…), szczególnie w świetle wniosków na temat relatywizmu, które świetnie podsumował wspomniany prof. Pieniążek:

„Przejętą od Schillera diagnozę wzbogaca w Niewczesnych rozważaniach o analizy wykształconego w kulturze XIX wieku „zmysłu historycznego”, który w Poza dobrem i złem łączy z „demokratycznym pomieszaniem ras i stanów” (§ 224), a który dokonując naukowego uprzedmiotowienia historii, przekształca ją w jedyną rzeczywistość człowieka. Wobec załamania się tradycyjnych, absolutnych ideałów i braku ponadhistorycznej miary dla oceny napływających z głębi historii wielości kulturowych wartości, wiar, ideałów i stylów przekształca się ona w chaos, w którym tracą one swą aksjologiczną atrakcję i ważność. Nietzsche jest przeświadczony, że wyłaniający się w wyniku zmysłu historycznego pluralizm kulturowy prowadzi nieuchronnie właśnie do „trawiącego i rozkładającego sceptycyzmu i relatywizmu”, czyli „rozbijania i burzenia wszystkich fundamentów, roztapiania ich we wciąż płynącym i rozpływającym się stawaniu się” (Niewczesne rozważania, s. 186, 149). Nietrudno dostrzec, że ów relatywizm stanie się punktem wyjścia późniejszej analizy, rozciągniętego na całość historii kultury zachodniej, nihilizmu definiowanego jako niepowstrzymany proces „odwartościowania dotychczasowych wartości” – postępującego zużywania się, wypalania, wyczerpywania kulturotwórczych i znaczeniotwórczych zasobów Zachodu. Relatywizm pozbawia jednostki wszelkich aksjologicznych podstaw, uniemożliwia autentyczną, twórczą aktywność, gdyż tylko iluzje i złudzenia, wiara w bezwzględną ważność wartości pozwalają działać, zmuszają bowiem do wartościowania, hierarchizowania i wyboru przyświecających działaniu wartości. Toteż odcięta od procesu życia jednostka przekształca się w chaotyczny, nieuporządkowany strumień sprzecznych doznań i przeżyć, które pozostają odtąd „bez skutków dla życia i postępowania”, pogrążając ją w stanie duchowego chaosu (żyjemy w czasie atomu, atomistycznego chaosu)”.

Cytat ten nawiązuje do słynnej „śmierci Boga” którą Nietzsche rozumie jako odkrycie, że choć cały nasz świat wartości, a co za tym idzie rzeczywistość społeczna, został zbudowany w oparciu o niepodważalny dogmat Boga i jego objawienia, to „nowocześni” ludzie przestali uznawać tą niepodważalność chcąc jednocześnie zachować zbudowane na niej wartości i kulturę, co nie może się udać i musi skutkować upadkiem, „wygaśnięciem” mocy oddziaływania owych wartości i kultury. „Śmierć Boga” sprawia, że ludzkości zostaje tylko jej historia, ale wobec braku niepodważalnego, „absolutnego” punktu odniesienia nie ma możliwości oceny i selekcji wielu różnych kultur i wartości które w tej historii występowały, czego skutkiem musi być relatywizm i nihilistyczne burzenie dotychczasowego porządku bez szans budowę czegoś nowego. Brzmi znajomo? Przecież to jakby dosłowne opisanie całej dzisiejszej wojny wytoczonej tradycji przez obóz postępu. Różnica tkwi w tym, że Nietzsche już wtedy wiedział, że to ślepy zaułek, a oni są ślepi również i dziś, zresztą nawet jakby coraz bardziej, „w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klasowa zaostrza się” i nic się nie zmienia. A opis jednostki? Czy to nie precyzyjna wizja nas samych, dzisiejszych ludzi szamoczących się od doznania do doznania, ale nieumiejących złożyć tego w jedną, spójną całość pokonującą wieczny niepokój nazywany dziś „niespełnieniem”? Nie wspominając już o ostatnim zdaniu jakby wprost wyjętym z najsłynniejszej powieści Houellebecqa który przecież pisze o tym samym.

385639_big

Ale to nie koniec popisów Fryderyka. Przewiduje on kierunek gospodarczego rozwoju Europy wraz ze skutkami dla ducha człowieka zaplątanego w ten system, człowieka który za dostosowanie musi zapłacić cenę. Przyznać trzeba, że większość jej nawet nie odczuwa, bo „bierze świat jakim jest” ale ja przez rok pracy w korporacji odczułem tę cenę boleśnie i wciąż boję się, że będę musiał znowu ją płacić. Co warte podkreślenia, człowiek z XIX wieku opisał ów mechanizm ceny tak precyzyjnie jak żaden ze znanych mi współczesnych. Naprawdę, chylę czoła przed wielką przenikliwością umysłu i oddaję głos profesorowi Pieniążkowi:

„(…) Przesłankę takiego „wydzielania się zbytkowego nadmiaru ludzkości” Nietzsche odnajduje w swojej diagnozie rozwoju nowoczesnej, industrialnej ekonomii; jak sądzi, prowadzi on „do coraz bardziej ekonomicznego zużycia człowieka i ludzkości” „pomniejszenia i dopasowania człowieka do wyspecjalizowanej użyteczności”, do standaryzacji i niwelacji jednostek; w tym „potwornym kole zębatym o coraz mniejszych, w coraz bardziej doskonały sposób »dopasowanych« kołach” „wydatki wszystkich sumują się w całościową stratę”, jednostki tracą swoje znaczenia i zostają zdegradowane do jej niewolników. Uznając ów „potworny proces” za konieczny, a zarazem szukając dlań usprawiedliwienia, Nietzsche pyta: „gdzie są ci dla których oni pracują?”, „czemu w ogóle służy ten potworny proces. Po co? nowe »po co« – oto czego ludzkość potrzebuje (…)” i znajduje go w nadczłowieku (…)”.

Niesamowite jest jak ktoś kto na oczy nie widział współczesnej korporacji opisał palący problem „specjalizacji”, tego że trzeba się poświęcić jednej, wąskiej umiejętności a realia konsumpcjonizmu („po co”!) rozciągają to poświęcenie do takich rozmiarów czasowych, że w zasadzie nie starcza czasu na coś więcej. Nowoczesny niewolnik wraca późno i nie ma już wiele siły. Resztki energii i czasu poświęca na rodzinę, coraz rzadsze spotkania towarzyskie, ewentualnie dużym wysiłkiem jakiś sport. Nie ma miejsca na szerzej zakrojony rozwój ducha, ale też mało który ma świadomość tej straty, bo jest już „pomniejszony i dopasowany”, „zużywa” siebie, swój potencjał wyłącznie na płaszczyźnie ekonomicznej. Nie jest oczywiście powiedziane, że gdyby miał dużo więcej czasu, lepsze warunki, to wykorzystałby je „duchowo”. W większości przypadków by tak zapewne nie było, ale czy nie dlatego, że dzisiejszy człowiek od dzieciństwa jest przesiąknięty popkulturą przygotowującą go właśnie do roli „homo economicus”? Pytamy więc co było pierwsze, jajko czy kura… W każdym razie komuś kto to dostrzega, komu to doskwiera, obecny system nie oferuje pełnej wolności. Ogranicza go, karze wyrzec się części siebie. Chyba, że znajdzie sobie jakąś niszę, ale to bardzo trudne. Nietzsche to przewiduje, ale nie neguje. Przeciwnie, akceptuje to jako porządek konieczny do ziszczenia swojej idei „nadczłowieka”. Dochodzi do tego poprzez pytanie komu służy ten porządek. Bo oczywiste jest dla niego, że komuś służyć musi. Dzisiaj takie pytania nazywa się teoriami spiskowymi, ale czy rzeczywiście ludzie będący na szczycie drabinki panującego nam miłościwie korporacyjnego kapitalizmu są tymi „nadludźmi” o których chodziło myślicielowi? Trudno powiedzieć, są ukryci, nie wiele o nich wiemy, niby nie podejrzewamy ich o nadzwyczaj rozwiniętą duchowość, ale możliwe że kieruje nami resentyment i stereotyp. Za to już stawianie się „poza dobrem i złem” pasowałoby bardziej. A może dzisiejszym odpowiednikiem nietzscheańskiego „nadczłowieka” są właśnie ci dostrzegający, ci którym obecny porządek doskwiera a którym udało się znaleźć niszę i wzbić się ponad panujące realia? Kusząca myśl, do dalszych rozważań, ale tu z kolei tak łatwo nie pasuje mentalność „poza dobrem i złem”.

Profetyzm Nietzschego nie dotyczy tylko kwestii systemowych. Być może nawet ciekawsze, bo bardziej użyteczne są konsekwencje jakie przewiduje dla jednostki i jej świadomości. Aby wyłożyć to zbiorczo i przystępnie znów trzeba przywołać profesora Pieniążka:

„Świadomość nowoczesna jest świadomością nieszczęśliwą, rozdartą i wymykającą się samej sobie i sobie obcą, u swych podstaw, w pustej „bezpodmiotowości”, doświadcza bowiem otchłani, niezadowolenia i niepokoju, który wyzwala przenikający nowoczesność, trawiący i pochłaniający wszystko co znane, stałe, niespokojny ruch przezwyciężania, przekraczania, krytyki i który jest zarazem zawsze nienasyconym poszukiwaniem coraz to silniejszych doznań, nieskończonym pragnieniem tego, co nowe, pobudzające, interesujące, ciekawe i tajemnicze; wyrażając „próżną tęsknotę” za nieobecną pełnią bytu z zdemitologizowanej nowoczesności może on jawić się jedynie jako to co nierealne, inne i nieznane („świat […] nieosiągnięty. A jako nieosiągnięty, również nieznany” Zmierzch Bożyszczs.25), zatem jako nieskończony, czyli pusty ideał”.

I znów, gdyby zacytować to bez autora, śmiało można by pomyśleć, że napisał to jakiś współczesny, konserwatywny krytyk kierunku rozwoju cywilizacji. Bo czy to nie opis dzisiejszego kryzysu człowieka zachodniego? Ze wszystkimi jego patologiami – ciągłą pogonią za pieniądzem, pogłębianym popadaniem w używki, pornografie, hazard, w zagłuszanie „niespełnienia” (czyli pustki) dobrami materialnymi? Niemiecki myśliciel już wtedy opisał i ocenił to co dzisiejsi ludzie, z dużymi oporami, dopiero sobie uświadamiają. Że propagowany globalnie model indywidualizmu nie daje szczęścia, tylko samotność.

Takich smakowitych motywów jest dużo więcej, zwłaszcza że powyższe dotyczy głównie jednej książki tego autora, a napisał ich trochę. Co ciekawe Nietzschego zajmowały nie tylko kwestie cywilizacji, sam siebie uważał on raczej za psychologa i te fragmenty zachwycają nie mniej, ale tu już każdy musi przeglądu dokonać samodzielnie, w końcu tematyka jest wybitnie osobista, wybór najlepszych ustępów będzie zależał od osobistych doświadczeń. Mi szczególnie przypadły do gustu myśli o stosunku do pracy (nigdy nikt nawet w przybliżeniu nie oddał tak dokładnie tego co czuje w związku z pracą zarobkową) oraz o kobietach, choć tu zarzuca się Fryderykowi uprzedzenia. Ale wobec którego mężczyzny piszącego o kobietach bez romantyzmu nie stosuje się etykiety „uprzedzony, widocznie któraś go skrzywdziła”? Na ile to prawda, każdy musi ocenić sobie sam. Ja pozostawiam to nierozstrzygniętym i pozwalam się sobie cieszyć luźnymi spostrzeżeniami, z których ulubione przytaczam poniżej – dojście do tego wniosku kosztowało mnie wiele czasu i trochę niezręcznych sytuacji:

„Lecz nie chce ona prawdy: cóż zależy kobiecie na prawdzie! Od samego początku nic nie było w kobiecie bardziej obce, odrażające, wrogie niż prawda – jej wielką sztuką jest kłamstwo, jej największą sprawą jest pozór i piękno. Przyznajmy to, my mężczyźni: czcimy i kochamy właśnie tę sztukę i ten instynkt w kobiecie: jest nam ciężko i stąd gwoli ulgi garniemy się do istot, pod których dłońmi, spojrzeniami i czułymi głupstwami nasz powaga, nasza ciężkość i głębia wydają się nam niemal głupstwem” – Poza dobrem i złem §232

Zobacz też

  • Profesora Nowaka Nietzsche urojonyProfesora Nowaka Nietzsche urojony Z natury reprezentuję typ polemiczny co  niegdyś przysparzało mi kłopotów i niechęci, jednak z wiekiem i wyrobieniem okazało się czymś z wielu względów korzystnym. Jedną w owych korzyści […]
  • Intelektualne podziemieIntelektualne podziemie Choć dzisiejszej młodzieży o patriotycznych odruchach może być trudno w to uwierzyć to był taki czas, nie tak dawno temu, że nie było ani fejsbuka ani setek profili zalewających […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *