0

Odczarowywanie Nowego Jorku

Bez tytułu

Zastanawia mnie często jak duży wpływ na ukształtowanie świadomości naszego pokolenia miała telewizja, jak bardzo zostaliśmy zaprogramowani na resztę życia. Psychologowie nie mają wątpliwości, że odgrywa ona (współczesnym dzieciakom zastąpił ją już zapewne internet) olbrzymią rolę wzorcotwórczą. To co nas napędza, czyli nasze marzenia i pragnienia, nasza wizja szczęśliwego życia, idealnej drugiej połowy, wzorce urody, materialne potrzeby, to wszystko zostało w dużym stopniu uformowane przez skrajnie uproszczony i najczęściej wyidealizowany świat TV i kina. No chyba że ktoś miał wyjątkowo silne punkty oparcia (rodzina, tradycja, religia), ale bądźmy realistami – ile rodzin, szczególnie w postkomunistycznej Polsce, mogło stanowić na tyle atrakcyjny kontrprzykład, aby osłonić swoje dzieci?

W moim przypadku zderzenie telewizyjną rzeczywistością przerodziło się w fascynację Ameryką, ze szczególnym uwzględnieniem Nowego Jorku i Kalifornii. Wiem też z obserwacji, że bardzo dużo osób uległo w mniejszym lub większym stopniu podobnemu wpływowi. Patrząc z perspektywy, widzę że od dziecka wszystko co amerykańskie było dla mnie najlepsze. W Ameryce chciałem mieszkać, w Ameryce ludzie byli najciekawsi i najładniejsi (dziecięce porównanie estetyki świata ekranowego z Polską lat 90…) a miasta najpiękniejsze, to w Ameryce a nie gdziekolwiek indziej „warto było być”, to amerykańskim stylem życia warto było żyć, aby życia nie zmarnować. Nie miałem wtedy oczywiście tej świadomości i nie ujmowałem tego w takie słowa, ale tak to wyglądało. Muszę przyznać, że zostałem modelową ofiarą amerykańskiego „soft power” wedle teorii Jospeha Nye’a. Ten teoretyk stosunków międzynarodowych opisuje w swojej książce modele działania na tym polu i choć przemyca również trochę postmodernistycznych bzdur, to nie da się odmówić słuszności wielu jego spostrzeżeniom (dobrze zresztą mieć świadomość w tym zakresie zarówno aby się bronić jak i wykorzystywać to dla własnych celów) czego sam jestem przykładem i co jeszcze lepiej podkreśli bezpośredni cytat:

Jeden z byłych francuskich Ministrów Spraw Zagranicznych zauważył, że Amerykanie są potężni, ponieważ mogą inspirować marzenia i pragnienia innych dzięki mistrzostwu kształtowania globalnych wyobrażeń przez film i telewizję i ponieważ z tego samego powodu, wielka liczba studentów z innych krajów przybywa do USA aby kończyć tam studia”.

Z czasem oczywiście życie zweryfikowało wiele z moich naiwnych planów i odczuć. Część zaś weryfikowana musi być z własnej inicjatywy, wysiłkiem własnej woli. Jak na przykład upodobania architektoniczne. Powszechny wśród młodych ludzi w Polsce jest zachwyt nad byle klockowatym biurowcem, ważne przecież żeby było jak w Ameryce, widać to podejście aż nazbyt wyraźnie w komentarzach na profilach poświęconych nowym budynkom w Warszawie. Irytuje mnie to i pogardzam tym z zapałem właściwym neoficie.

Szczególnym przykładem weryfikacji wymagającej świadomego wysiłku jest Nowy Jork, miasto którego czar działa chyba na wszystkich. Architektura, klimat dzielnic, setki filmów, mnóstwo muzyki. „Stolica świata” zbudowała swoją legendę jak żadne inne miasto. Tam wszystko musi być większe, lepsze, bardziej istotne niż gdziekolwiek, nawet w pozostałych częściach USA. To oczywiście ułuda, wizerunkowa konstrukcja, ale nie da się uwolnić od tego ot tak, a priori. Zbyt głęboko to siedzi, od zbyt wczesnego dzieciństwa było implementowane. Dlatego najlepiej odczarować Nowy Jork osobiście, po prostu tam jadąc. Najlepiej na własne oczy przekonać się o brudzie i alienacji w wielkiej metropolii, których nie pokazują w topowych filmach z Hollywood. Takie mam też marzenie (znów inspiracja zza oceanu, ehh…) i wierzę, że w końcu uda mi się je spełnić, póki co jednak muszę zadowolić się przyziemniejszymi sposobami odczarowywania, na przykład realistycznym kinem bez laurkowych ambicji.

Dlatego dużą radość sprawił mi przypadkowo trafiony na TVP Kultura film „Wszyscy twoi święci”. To historia chłopaka, który po 15 latach wraca na swoje stare śmieci na Brooklyn’ie. Widzimy tu retrospekcje i czas obecny, zestawienie tego co było i co z tego wynikło. Świetna rzecz z dużym ładunkiem emocjonalnym o dorastaniu, rodzinie, przyjaźni, błędach i miejskiej patologii w biało-latynowskiej dzielnicy biedoty. Nowy Jork w pełnej krasie, bez blichtru i przekręcania w neseserze szyfrów, bez nachalności, za to jako realistyczne tło. Z wiarygodnymi postaciami, ich problemami i bezradnością. W trakcie oglądania narzucała mi się myśl, że w wielu aspektach ta rzeczywistość aż tak bardzo się nie różni. Miejskie bagno wciąga podobnie, na tyle że właściwie cały film mógłby się dziać w latach 2000 na warszawskiej Pradze, Woli czy Grochowie i wcale aż tak dużo nie trzeba byłoby zmieniać. No, może kariera homoseksualnego narkomana-cwaniaka skończyłby się szybciej niż by się zaczęła. Sumując, ta produkcja to świetna odtrutka na wizerunkową ofertę wylewającą się z wielu, pozornie „brudnych” amerykańskich filmów. Pozostaje czekać tylko aż w końcu rodzimi twórcy postawią na osiedlowy realizm zamiast na efekciarstwo za realizm tylko uchodzące, jak w głośnym ostatnio kinowym „Pitbullu”.

Zobacz też

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *