0

Literacki debiut DL

12421864_1090995334279403_1071431010_n

Pierwszy raz to zawsze wielki moment, nawet jeśli tylko subiektywnie. Wszystko jedno czy chodzi o pierwszy seks, pierwszą solówkę w lasku za szkołą, debiut sportowy czy profesjonalny. Cezura, przełamanie, nowy początek. I niepewność, szczególnie jeśli chodzi o inicjację książkową, w której trzeba się przecież otworzyć, wystawić pod ocenę niekoniecznie życzliwej publiczności swoje przemyślenia i skalę talentu, co do którego samemu z braku dystansu nie można mieć pewności. Zresztą krytyka nie jest najgorsza, bardziej zaboli głucha obojętność, stan rzeczy w którym nikomu nie będzie się chciało nawet rzucić kamieniem. Jak wobec tego wypada książkowy debiut opisywanej szerzej niedawno przeze mnie Drogi Legionisty?

Z pewnością towarzyszyła mu nieco mniejsza dramaturgia niż to opisałem we wstępie, bo i autor już doświadczony oraz dawno „otwarty” i audytorium sprofilowane, wiedzące mniej więcej czego się spodziewać, groźby druzgoczącej krytyki raczej tu nie było.

Niezbyt obszerna publikacja podzielona została na trzy części z czego pierwsza i trzecia są raczej dodatkami do dania głównego. Na początku dostajemy formę fabularyzowanego pamiętnika z osiedlowego życia. I choć wiele motywów pojawiało się już wcześniej, to jest to rzecz o mocnym ładunku sentymentalnym dla ludzi, którzy przeszli podobną drogę szukania swojej tożsamości w bałaganie postkomunistycznej Polski. Osiedlowe melanże z rodzicami za ścianą, wyjazdy na mecz (sentyment tym większy, że akurat byłem na obu opisanych), mało romantyczne miłostki, eksperymenty z używkami i subkulturowe fascynacje na kontrze wobec przyjmowanej na kolanach okcydentalizacji. Wszystko to nie istniało dotąd w polskiej literaturze, w której lata dwutysięczne można odnaleźć co najwyżej z perspektywy zupełnie niereprezentatywnej bananowej młodzieży i w tym względzie DL jest pionierem. Szkoda tylko, że przyjęło to formę urywanych scenek, bo aż się prosi tu o szerszą fabułę.

Trzecia część z kolei przyjęła formę dziennika i szczerze to trudno mi napisać tu coś nowego, bo w ogólnym zarysie treści to raczej znane z łamów DL. Mały realizm, codziennie potyczki z życiem z punktu widzenia człowieka wiary etc.

Najważniejsza jednak jest część druga, czyli pełnoprawna próba literacka. Autor serwuje czytelnikowi historię grupy radykalnych katolickich nacjonalistów czujących misję umoralniania ludzi miękkim terrorem, można by rzecz że jest to niemalże katolicka Piła, z pozostawieniem wyboru (live or die, make your joice…) choć przyznajmy, nie ta skala okrucieństwa, zaś do zyskania nowe życie przez oczyszczenie.

Opowieść jest niewątpliwe manifestem wojowniczego katolicyzmu, który napotyka poważną przeszkodę w postaci…katolickiej nauki. Konflikt ten przedstawiony jest uczciwie i łatwo dostrzec w nim świadectwo realnego zmagania chuligańskiego temperamentu Łukasza z nauką opartą na wybaczeniu i miłości bliźniego. Co więcej, broni się to także w formie, bo udany zwrot akcji i wyważone oddanie racji stronom przykuło moją uwagę bardziej niż się w sumie z początku spodziewałem. Intrygujący jest także brak ostatecznego rozstrzygnięcia, nasuwa się tu pytanie czy Michał dalej rano nie zna odpowiedzi?

Parę słów można poświęcić także grupie nacjonalistów bliskiej, jak sądzę, ogólnej wrażliwości Drogi Legionisty – co się kryje za ich inkwizycyjnymi tendencjami? Na poziomie metapolitycznym niespecjalnie rewolucyjne (w rozumieniu jako coś nowego, zrywającego z dotychczasowymi schematami) podejście, gdyż jest to nasz stary, dobrze znany mesjanizm, paradoksalnie zupełnie obcy historycznemu dorobkowi obozu narodowego. Wiara w szczególną misję przeznaczoną Polsce, symbolika krzyża…niewątpliwie nawiązuje to do najświetniejszych tradycji naszej kultury, jest więc bardziej oswojone niż rewolucyjne. No chyba, że rewolucyjność ujmiemy jako metody i pewien stan mentalny. Tu jednak wkrada się sceptycyzm, trudno bowiem kibicować młodym nacjonalistom, kiedy ujawniają, że Polska w ich wizji ma realizować misję kosztem cierpienia, a sens tych działań zostanie doceniony być może dopiero w zaświatach. To co sprawdza się w poezji, nie koniecznie jest dobrym kompasem w polityce międzynarodowej, nawet jeśli mesjanistyczna polityka zostawia olbrzymi spadek moralny…starczy nam chyba jednego Powstania Warszawskiego? Zresztą takie lekceważenie dla realiów świata doczesnego da się także skrytykować na gruncie katolicyzmu, którego tradycja filozoficzna jest bogata…wcale nie trzeba ograniczać się do anglosaskiego realizmu.

Nie wykluczam jednak, że ta niedojrzałość poglądów jest specjalnym zabiegiem autora, który chciał ukazać młodzieńczą skłonność do idealizmu. Podobny aspekt, w bardziej bezpośredni sposób, pojawia w opisie motywów grupy, gdzie źródłem radykalizmu okazuje się marzenie o bohaterstwie, zupełnie przecież naturalne dla młodych chłopaków. Cóż, zagadnienie odpowiedzialności przychodzi dopiero z wiekiem. Małym dodatkiem na koniec, swoistym smaczkiem jest zaskakujący, wewnętrznie demokratyczny proces decyzyjny w grupie. Kto wie, może młodzi radykałowie nie są zupełnie straceni dla demokracji…

Przechodząc do formy, autor jest publicystą z wieloletnim doświadczeniem i czuć to w prozie, która napisana została momentami zbyt formalnym językiem. Publicystyka ma to do siebie, że przekazuje nam poglądy, niejako mówi nam co mamy myśleć, zaś dobra literatura zostawia miejsce na własną pracę nad wnioskami, co zresztą jest najprzyjemniejsze dla każdego miłośnika słowa w tym szerszym klasycznym sensie logos. Z kolei dobrego pisarza charakteryzuje to, że potrafi przemycić swój przekaz między wierszami, nie wprost, pozostawiając czytelnikowi wspomnianą przestrzeń. O ile w treści Tańca na linie główny dylemat jest przedstawiony uczciwie, nie narzucając odpowiedzi (choć zauważyć trzeba, że to niedopowiedzenie akurat w tym miejscu jest dla autora wygodne), o tyle w formie przedstawienia postaci, opisów uczuć i motywacji, w połączeniu z ową zbytnią formalnością, daje się odczuć pewien wartościujący ton, niezostawiający wiele swobody czytelnikowi. U publicysty to nie razi, a wręcz dodaje wyrazistości, natomiast jeżeli Łukasz Grower chce być pisarzem z prawdziwego zdarzenia, w co nie wątpię, to w tym miejscu widzę pole do poprawy warsztatu.

Warto jeszcze na koniec umieścić książkę w pewnym kontekście. Jest to mianowicie pierwsza chyba literacka emanacja „generacji Marszu Niepodległości”, no powiedzmy że pokolenia, które odpowiada za młodzieżowy prawicowy zwrot w polskiej polityce. Zaliczam do tego osoby o różnych intuicjach światopoglądowych, nie tylko narodowych. Nie ma co bać się tej osobności, mamy własną kulturę, muzykę, stadiony, fenomen patriotycznej odzieży, pewien zestaw wartości i symboli co do których panuje konsensus. Czy będziemy mieć własną literaturę? Trudno powiedzieć, ale jeśli tak to należy w Tańcu Na Linie widzieć pioniera takowej. Z pewnością jest to wiarygodny zapis doświadczeń, z którymi utożsamić może się wielu i co więcej, nie jest to także na pewno ostatnio słowo spod znaku DL.

Zobacz też

  • Kokainowa WarszawaKokainowa Warszawa Niestety. Nabawiłem się niechęci do książek o tematyce około drugowojennej w szczególności, oraz do historycznych w ogóle. Zrobiłem to sobie, jak większość złych rzeczy które […]
  • Uległość zachodniej EuropyUległość zachodniej Europy Nie przesadzę zbytnio, jeśli napiszę, że Uległość to najgłośniejsza i najbardziej oczekiwana europejska pozycja książkowa ostatnich lat. Wyjątkowo rzadko bowiem zdarza się, że wydawcy z […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *