0

Korpo-wrażenia pierwszoroczniaka

korpo

Temat ostatnio na czasie. Zewsząd wyskakują durne artykuły instruujące jak przetrwać w korporacji lub opisujące „10 toksycznych typów osobowości” które mamy tam spotkać. Klikalność zapewniona, bo ludzie lubią utwierdzać się w przekonaniu, że otoczenie karierowiczów i durny szef to nie tylko ich pechowy traf, ale powszechna rzeczywistość w biurach międzynarodowych molochów. Swoje robi także skłonność do „ludowych mądrości” a te jak wiadomo malują korporzeczywistość czarną paletą barw. Tak się jednak złożyło, że przez rok sam doświadczałem uroków pracy w tzw. Mordorze na Domaniewskiej. Rok to zdecydowanie zbyt mało by zgrywać starego wilka korporacyjnego, ale wystarczająco dużo by wynieść stamtąd własny ogląd sytuacji.

Żeby dobrze zrozumieć to specyficzne środowisko, trzeba sobie uświadomić że naprawdę może ono zrobić wrażenie na debiutancie, szczególnie jeśli trafi np. trafi jak ja, do potentata w branży mediowo-reklamowej. Luźna atmosfera, nowoczesne wnętrza, firmowe herbatki, poczęstunki, darmowa kawa, branżowe imprezy w najmodniejszych lokalach, prezenty od handlowców. Nowy, wspaniały świat. Można się zachłysnąć, szczególnie jeśli ktoś pochodzi z małej miejscowości – a takich osób w korpo jest 80% – i zawsze marzył o pracy w wielkiej firmie w stolicy. Serio, daleko jest mi do jakiegoś warszawskiego szowinizmu, obnoszenia się i dzielenia na poważnie znajomych na słoików i miejscowych, ale według moich obserwacji ludzie z Warszawy zasadniczo są bardziej zdystansowani w swych postawach. Ma to racjonalne podstawy, są u siebie a korpo? Ot po prostu, jedna z opcji, nie wypali to poszukamy czegoś innego. Natomiast przyjezdni nie mają takiego komfortu, przyjechali tu robić karierę, rodzina na nich liczy, wszyscy wiedzą że synuś/córunia „są w Warszawie, robią karierę”. W razie kłopotów nie ma miękkiego lądowania, przeczekania bezrobocia u rodziców. Oszczędności nie posiadają, bo i nie ma jak odłożyć, więc albo szybko nowa praca albo powrót na tarczy do rodzinnej miejscowości, czarny sen wielu. Stąd mniejszy luz i większa determinacja, zarówno do wspinania się po szczebelkach jak i konformizmu, robienia co każą. To się ceni.

Co by jednak nie mówić to korporacje są na pewno dobrym i bezpiecznym miejscem do robienia kariery. Jeśli dla kogoś to życiowy priorytet – a takich osób jest nie mało – to lepiej trafić nie mógł. O ile będzie się starał i wyrabiał z deadline’ami, awansuje. Ścieżki kariery są jasno wytyczone a ogólna presja na wynik promuje najefektywniejszych oraz, nie ukrywajmy, cierpliwych. Zwykle nie ma bowiem co liczyć na porządne zarobki przez co najmniej kilka pierwszych szczebli. Godne pieniądze – co jak wiadomo jest kwestią względną – zaczynają się od stanowisk seniorskich, na dotarcie do których trzeba co najmniej 4-5 lat ciężkiej pracy. Można to co prawda trochę przyśpieszyć umiejętnym przeskakiwaniem do konkurencyjnych firm, ale większość ludzi dopada „zasiedzenie” i niechęć do ryzyka, zmiany otoczenia etc. Potem zaczynają się wyższe stanowiska i związany z tym prestiż. Wyjazdy zagraniczne, konferencje, wyrabianie nazwiska w branży, wywiady do prasy specjalistycznej, rośnie waga głosu w samej organizacji, ma się coraz więcej „do powiedzenia”. Ziszcza się polska wersja corpo-dream’u, ludzie okazują szacunek, rodzina zazdrości sukcesu, sąsiad samochodu itd. Wszystko to wygląda bardzo pięknie z boku, ale nie ma nic za darmo, a cena potrafi być wysoka, choć na pierwszy rzut oka niedostrzegalna.

Od samego bowiem początku korporacje wyrabiają w pracowniku nawyk poświęcania dodatkowego czasu. Gdy byłem przyjmowany, na rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałem niewinne zapewnienia, że od czasu do czasu trzeba zostać dłużej, ale rzadko, no i ogólnie są bonusy za to i w sumie to nic takiego, szczegół. Zapewniłem oczywiście, że to żaden problem, bo i co może powiedzieć człowiek starający się o pracę? W praktyce jednak wygląda to tak, że codziennie zostaje się przynajmniej godzinę dłużej a w okresach szczególnej intensywności (grudzień-styczeń, urlopy wakacyjne, Q3) nawet po kilka godzin. Oczywiście wszystko nieodpłatnie, na umowie zleceniu. Najmniejszy trybik ma zapieprzać z uśmiechem i wdzięcznością, że mu firma dała złapać trochę doświadczenia na tym naszym trudnym rynku pracy, konkurującym z innymi krajami tanią siłą roboczą. Zdaje się, że lewica nazywa takich pracowników prekariatem. Liczba osób pracujących na opisanych zasadach oraz ich przemiał pozwala mi twierdzić bez żadnej przesady, że korporacje prekariatem stoją. Myli się jednak ten, kto z miejsca założył, że beneficjentami sytuacji są ludzie ze średniego i wyższego szczebla. Owszem, zarabiają dużo lepiej, ale wraz ze wzrostem pozycji rośnie presja i zakres odpowiedzialności. A życiowych obowiązków nie ubywa, zdecydowana większość osób na wyższych stanowiskach ma rodziny (co zresztą trochę przeczy stereotypowi, ale jest zupełnie zrozumiałe – kluczem bezpieczeństwo socjalne) a robota i kariera czekają. Bardzo wymowny jest tu przykład młodego menagera – prywatnie w porządku gościa co przeczy archetypowi karierowicza – który mimo bycia nowożeńcem, regularnie zarywał w firmie wieczory, wychodził zawsze jako jeden z ostatnich. Wiem, bo parę razy wychodziłem naprawdę późno, a mimo to on był na posterunku. Kiedy się go zapytałem o powody, zbył mnie krótkim zdaniem o braku innej drogi do awansu, a warto dodać, że nie był zwykłym wyrobnikiem, tylko najlepszym w firmie specjalistą w swojej działce. Skoro tak to wygląda, a zakładam że znał temat lepiej ode mnie, to gdzie w tym wszystkim miejsce na rodzinę, na wychowanie dzieci, na siebie, po prostu na życie? Dwa tygodnie egzotyki w wakacje to rekompensuje? Niestety, ale chcąc robić karierę w korpo trzeba być gotowym, że organizacja wypełni prawie w całości Twoje życie. Będziesz tu w dzień i wieczorem, nie raz w weekendy, będziesz bawił się na firmowych imprezach z ludźmi z firmy, którzy staną się niemal drugą rodziną. Albo i pierwszą, bo to z nimi będziesz spędzał większość czasu. Jedyne przerywniki to wakacje, śluby, pogrzeby i weekendy, podczas których choć wykończony, to i tak będziesz myślał o pracy, przecież zaraz poniedziałek. Dla mnie, kogoś zupełnie z innego świata, który nie szedł tam na kolanach wobec „nowego stylu życia” sprawa wygląda jednoznacznie – jeśli chciałbym się odnaleźć w korpo, musiałbym się wyrzec siebie, swojego dotychczasowego „ja”. Wszystko ustawić pod pracę i kolejne awanse. Cóż, jeżeli dla kogoś rozwój całkowicie zawiera się w zakresie zawodowym, to nie będzie to dla niego problemem. Ale jeśli ktoś swój byt, swoje człowieczeństwo postrzega trochę szerzej, to bardzo ciężko będzie mu pogodzić życie i pracę w korporacji. A to tylko problemy widziane „z dołu”, przeze mnie osobiście, ich realna ilość jest zapewne większa, o czym można poczytać w niezliczonej liczbie artykułów i anonimowych wyznań, w których przewija się tematyka depresji, alienacji, fasady szczęścia, stresu i narkotyków.

Osobną kwestią jest też to, czy ktoś nadaje się do takiej pracy. Ja po paru miesiącach na „ołpen spejsie” zaczynałem łapać psychiczną blokadę. Cały czas tylko excel, tabelki, nowomowa, wszystkie te statusy, fakapy, asapy, excel, wypełnianie na okrągło tych samych plików, presja czasu i wydajności, znów excel, odczytuj maile na bieżąco! natłok pracy, ile byś nie zrobił i tak dołożą więcej, zaległości i tak do zajebania, bez nadziei na zmianę. O dziwo są tacy co się w tym odnajdują. Jak to powiedział jeden z moich kolegów – on to po prostu lubi, „relaksuje się przy przestawianiu cyferek w excelu”. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale mówił serio, a nie był jakimś korporobotem tylko sympatyczną i myślącą osobą. Ja z kolei wypełniając excelowe pliki z miesiąca na miesiąc odczuwałem coraz większą pustkę i gasnące zaangażowanie. Nie umiałem ekscytować się tym jak bardzo podskoczą wskaźniki kampanii z danego miesiąca, co niestety było w złym tonie, bo entuzjazm jest MILE WIDZIANY, co w korpojęzyku oznacza, że będziesz rozliczony z jego braku, punktować zaś będą ci, którzy go okażą, nawet jak na uboczu wyznają, że boli ich już łeb i nie idzie wytrzymać.

Wspomniane wskaźniki i ich maksymalizacja to zresztą koło napędowe całego korpo-życia. Nie żeby mnie to dziwiło, w końcu są to organizacje do zarabiania pieniędzy a nie miłego spędzania czasu, ale zbytnie podporządkowanie im swojego światopoglądu prowadzi do sytuacji niesmacznych z punktu widzenia normalnego człowieka. Dochodzi do tego, że na jednej sporej prezentacji menagerka bez zająknięcia przedstawiała „case” którego celem było przekonanie jak największej ilości młodych matek, że pewien znany, brązowy i gazowany napój z Ameryki to zdrowa i najlepsza opcja jaką mogą zaserwować do śniadania swoim pociechom (!), dokładnie taki był sens. Wiadomo, że reklama to ściema. Ale to moim zdaniem trochę większy ciężar gatunkowy, bo celem nad którym pracował cały zespół specjalistów było oszukanie matek i zyskanie segmentu rynku kosztem zdrowia małych dzieci. Na sali zero konsternacji, mimo że przecież wszyscy starają się być fit a połowa wege. Liczą się wyniki, moralność nie istnieje, no chyba, że jako element wizerunku, PR. Czy byłem tym zszokowany? Raczej nie, ale pierwszy raz widziałem coś takiego na własne oczy, może trochę poruszyła mnie ostentacja. A to jeden przykład, ile takich sytuacji mogłyby wymienić osoby pracujące w korpo od lat?

Kwestią której nie sposób pominąć jest atmosfera między ludźmi. O dziwo zły stereotyp się tu nie sprawdza. Spotkałem tam sporo osób będących bardzo w porządku. Takich, które trafiły tam przypadkiem jak ja, ale i takich próbujących ułożyć sobie w danej pracy życie, zachowując balans między dostosowaniem się a zdrowym dystansem. Spotkałem takie osoby także na kierowniczych stanowiskach. Co nie znaczy, że nie ma przypadków patologicznych, typowych karierowiczów. Miałem tego rodzaju dziewczynę w zespole, typowy korporacyjny drapieżnik. Perfekcjonistka z totalnego zadupia, musiała być najlepsza, jej ambicją było znać odpowiedź na każde pytanie. Trochę ją rozumiałem, przy paru okazjach wyszło że mocno wstydziła się miejsca pochodzenia, więc pewnie jej życiowym celem było się stamtąd wyrwać i pokazać całemu światu na co ją stać. Niestety, priorytety ukształtowały ją tak, że ciężko było czuć do niej sympatię, że tak to dyplomatycznie ujmę. Jej konfidencka postawa była prezentowana bardzo konsekwentnie, a najciekawsze było to, że nie robiła tego z jakiejś niechęci, złośliwości etc. Ona po prostu nie widziała w tym nic złego, lojalność wobec szefowej, informowanie o realnej sytuacji w zespole było dla niej ważniejsze niż jakieś tam relacje w gronie, którego członkami i tak pogardzała. Ot, nowy typ charakteru na mojej drodze, pewnie nie tak rzadki w różnych miejscach pracy, trzeba sobie z tym jakoś radzić.

Po skończeniu rocznej przygody z korpo poczułem ulgę, ale nie chcę szczególnie demonizować tego typu miejsc. Dobrze jest samemu się przekonać, czy jest się w stanie dopasować, ile można poświęcić z siebie, jak bardzo nam zależy, jak wysoko wśród wartości cenimy karierę. Jeżeli w życiu nie miałeś problemów z niesubordynacją, nie zdarza Ci się mówić tego co myślisz a powtarzalność zajęć oraz nieustająca presja czasu i wyniku brzmią motywująco, być może jesteś jednym z tych relaksujących się przy excelu a kariera o której marzy wielu stoi przed Tobą otworem.

Zobacz też

  • Hollywoodzki scenariusz dla PolskiHollywoodzki scenariusz dla Polski Mamy nowy rząd i stary Trybunał Konstytucyjny o czym wiedzą już chyba wszyscy w Polsce, trudno jednak traktować całą partyjną awanturę wokół tego poważnie, ja przynajmniej nie mam […]
  • Miłosz o Powstaniu WarszawskimMiłosz o Powstaniu Warszawskim „Zniewolony umysł” to esej o mechanizmach zniewolenia i służalczości inteligencji w systemie komunistycznym. Jednocześnie sporo tam usprawiedliwiania takich postaw o czym pisałem w […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *