0

Jak nas widzą tak nas filmują, czyli polskie porwanie Michela Houellebecqa

porwanie-Michela-Houellebecqa-PL-1-600x338

Nie często zdarza mi się oglądać francuski film z angielskimi napisami w którym postacie rozmawiają o Polsce, a nawet po polsku. Przyjemność z tago polsko-francuskiego spotkania zaburza nieco wizerunek Polaków jaki się z niego wyłania i to mimo wyczuwalnej sympatii twórców z kraju białej flagi.

Co zaskakujące i niewątpliwie obniżające rangę filmowego dzieła, to nie Polska jest głównym tematem „Porwania Michela Houellebecqa” tylko owe tytułowe uprowadzenie pozornie dokonane w celach zarobkowych, w rzeczywistości zaś mające na uwadze cele komediowe, z których produkcja wywiązała się na tyle dobrze, że podobać się może ona nie tylko miłośnikom twórczości kontrowersyjnego pisarza, co jest osiągnięciem w które, przyznać muszę, przed seansem nie wierzyłem. Wspomniana komiczność wynika z nietypowych relacji między porwanym a porywaczami, którzy skądinąd tworzą barwną zbieraninę, składającą się z półpolskiego zawodnika MMA, francuskiego kulturysty i żydowskiego Cygana z przeszłością w izraelskiej armii. Pojawia się u nich pewna fascynacja słynnym pisarzem, który z kolei nie może za bardzo narzekać na warunki porwania. Dla niego jest to raczej specyficzny agro-urlop w wersji all-inclusive, podczas którego porywacze wraz z polską rodziną nieustannie zapewniają mu papierosy, alkohol i towarzystwo, a z czasem nawet odwiedziny prostytutki. Wobec takich okoliczności niejeden chętnie by został porwany…dożywotnio.

Mimo udanego wymiaru komediowego, na pierwszy plan mojego zainteresowania podczas seansu wysunął się oczywiście wątek polski. Trzeba tu oddać twórcom, że w filmie wyczuwalna jest sympatia wobec Polaków. Z porywaczy najbardziej ujmujący jest chłopak od MMA, którego rodzice bardzo dbają o swojego gościa-ofiarę, snując z nim rozmowy o XIX wiecznej historii Polski wspominanej tu jako bardziej marzenie niż kraj (takie ujęcie XIX-wiecznej polskości ma swoje tradycje). Sam Houellebecq bywał u nas zresztą kilkakrotnie jeszcze za PRL. Niestety ta bijąca z ekranu sympatia podszyta jest mocnym protekcjonalizmem, nawet jeśli autorzy nie zdawali sobie z tego sprawy. Ostatecznie samo umieszczenie polskich imigrantów w kontekście uprowadzenia nie jest pozytywne, ale uszłoby w ramach komediowej konwencji paradokumantu, nie ma co być przewrażliwionym niczym wiecznie wykluczone i dyskryminowane towarzystwo przyjaciół waginosceptyków. Niestety bardziej wymownym uosobieniem wizerunku Polaka we Francji jest kuzyn filmowej rodziny, jedyna postać która mówi wyłącznie po polsku, bo nie zna ani słowa po francusku. Ów kuzyn to zarośnięty jak bezdomny, ubrany zgodnie z surowymi wymogami mody ze stadionu X-lecia prostaczek mieszkający kątem w jakiejś szopie, a do tego oczywiście hydraulik co podkreśla stereotypowy wymiar tej postaci.

Bez tytułu

Łączy się to niestety z szerszym zjawiskiem w zachodniej Europie, gdzie społeczeństwa tresowane przez wszędobylską polityczną poprawność nie śmią wydusić z siebie słowa krytyki pod adresem czarnych i Arabów, za to do woli mogą używać sobie na przybyszach z Europy wschodniej, to przecież nie rasizm, nie? To ci przybysze zwykle są rasistami! A do tego są brudni, niecywilizowani, kradną i piją na potęgę oraz zabierają nam pracę! Najgłośniejszą emanacją tego neorasizmu była reakcja brytyjskiego premiera z obozu pseudoprawicy, który chcąc wpisać się w antyimigracyjne nastroje zaatakował…pracujących w Wielkiej Brytanii Polaków i Rumunów. Bo nas atakować można, nie podpadamy pod pancerz politycznej poprawności, w przeciwieństwie do Murzynów, muzułmanów czy Pakistańczyków. Wschodnich Europejczyków można kopać po dupie do woli.

Nieswojo się czuję w takiej antydyskryminacyjnej tyradzie, ale na duchu podnosi mnie odmienność wniosków od tych wygłaszanych przez różnych roszczeniowo-równościowych oszołomów. Otóż ja wcale nie mam pretensji do, w tym przypadku, Francuzów. Nie mam zamiaru obmyślać instytucjonalnych sposobów jak zakazać im mówienia, tego co mi się nie podoba. Zdaję sobie sprawę że stereotypy o nieokrzesaniu, pijaństwie i złodziejstwie nie wzięły się znikąd… Wiem też jednak, że nie są one prawdą jeśli idzie o określenie naszych powszechnych narodowych cech, po prostu popsuć wizerunek jest dużo łatwiej niż zbudować pozytywny. Niemniej musimy to zrobić, to leży w naszym najbardziej żywotnym interesie. Trzeba wszakże pamiętać, że nic nam się tu nie należy z automatu, za to wszystko zależy od własnej pracy i trafnych koncepcji. Koncepcji do zdefiniowania których niezbędne jest właściwe rozpoznanie problemu, którego świetnym barometrem jest właśnie popkultura taka jak „Porwanie Michela Houellebecqa”.

Zobacz też

  • Zimowy senZimowy sen Dawno nie widziałem tak dobrego filmu. I to z Turcji, kraju który do tej pory kojarzył mi się głównie z kebabami, wakacjami i ludobójstwem na Ormianach. A jednak to prawda, że kultura jest […]
  • Odczarowywanie Nowego JorkuOdczarowywanie Nowego Jorku Zastanawia mnie często jak duży wpływ na ukształtowanie świadomości naszego pokolenia miała telewizja, jak bardzo zostaliśmy zaprogramowani na resztę życia. Psychologowie nie mają […]

Comments

comments

ArierGarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *